Mój pierwszy obóz żeglarski na Mazurach

Mój pierwszy obóz żeglarski na Mazurach miał być koszmarem. Okazał się przygodą, która zmieniła więcej, niż wtedy rozumiałem.

Czego się dowiesz z tego artykułu

Pamiętam, że  gdy rodzice mi oznajmili, że jadę na obóz żeglarski, to pomyślałem, że ze mnie żartują. Ja i żaglówki? Ja, który ostatnio pływałem na jakimś żałosnym rowerku wodnym z tatą? Ale mama już wszystko ogarnęła, zalicza zapłacona, temat zamknięty. Dwa tygodnie na Mazurach, w totalnej głuszy, bez normalnego neta, na jakiejś głupiej łajbie z ludźmi, których w życiu nie widziałem. Brzmiało jak totalny koszmar. A jak wyszło?

Dzień pierwszy obozu żeglarskiego, czyli w co ja się wpakowałem!

Dojechaliśmy nad Niegocin busem z Warszawy. Cztery godziny z ekipą nieznanych mi osób, każdy w słuchawkach, każdy w swoim świecie. Ja też. A potem wysiedliśmy i zobaczyłem te łodzie.

Stały przy pomoście – białe, z wysokimi masztami, z milionem lin i żaglami zwiniętymi jak jakieś gigantyczne wrapy. Wyglądały mega fajnie i mega przerażająco jednocześnie. W głowie miałem tylko: „Zero szans, że to ogarnę”.

Nasz instruktor – Darek, jakieś trzydzieści parę lat, opalony jak ktoś, kto całe życie spędził na wodzie – gadał z takim spokojem, jakby nic nigdy nie mogło go ruszyć. Powiedział, że za tydzień będziemy ogarniać żaglówkę. Rozejrzałem się i widziałem, że nie tylko ja mam minę typu „ta, jasne, powodzenia”.

Ale Darek się nie przejął. Uśmiechnął się i dodał: „Nikt z was nie umie żeglować. Za tydzień będziecie umieli. Taki jest plan.” No to lecimy.

Ola, Wiktor i ja, czyli losowa żeglarska ekipa

Przydzielili nas do załóg – trzy osoby na łódkę plus Darek, który pływał z nami i ogarniał całość. Ja trafiłem z Olą i Wiktorem. Ola – niższa ode mnie, krótkie włosy, kolczyk w nosie – wyglądała, jakby mogła mnie znokautować, gdybym powiedział coś głupiego. Wiktor był moim kompletnym przeciwieństwem: gadał non stop, śmiał się z własnych żartów i miał taki poziom energii, że aż męczył. Pierwszy dzień spędziliśmy głównie na unikaniu kontaktu wzrokowego.

Wszystko się zmieniło drugiego dnia, na wodzie. Darek zabrał nas na szkolenie – tłumaczył, jak stawiać żagle, jak trzymać ster, co robić, kiedy wiatr kręci. Połowy nie łapałem. Ale potem kazał nam spróbować i nagle byłem przy sterze – na środku jeziora, z żaglem łopoczącym jak szalony, a Darek stał obok i pilnował, żebyśmy nie zrobili czegoś głupiego.

Ten moment, kiedy poczułem, o co chodzi w żeglarstwie

Trzeciego dnia wyszliśmy na dłuższy rejs. Darek siedział przy nas, ale dał mi ster. Mnie! Gościowi, który tydzień wcześniej nie wiedział, że lina na żaglówce trzymająca żagiel to szot.

Wiatr był idealny – ani za mocny, ani za słaby. Słońce prażyło, jezioro błyszczało jak milion kawałków szkła. Naciągnąłem żagiel tak, jak Darek pokazywał i poczułem, jak łódka przyspiesza.

I wtedy mnie trafiło. Nie umiem tego opisać. Jakby ktoś odpalił silnik, tylko że nie było żadnego silnika. Tylko wiatr, żagiel i moje ręce na sterze. Łódka przechyliła się, sunęła po wodzie, a ja kontrolowałem, gdzie płynie. Ola krzyknęła coś w stylu „No nie, ale czad!”, Wiktor gwizdnął, a ja miałem uśmiech od ucha do ucha.

To uczucie – że płyniesz, że jesteś szybki, że to ty decydujesz, gdzie ta łódka płynie – nie da się z niczym porównać. Żadna gierka na telefonie, żaden film na streamingu. To było prawdziwe i to było moje.

Biwak na wysepce, czyli jak zostałem legendą ogniska

W połowie turnusu popłynęliśmy na biwak. Cała flotylla – trzy łódki – cumowała przy małej wysepce na jeziorze. Rozbiliśmy namioty na polance, Darek wyciągnął kiełbaski, ktoś przytargał gitarę. Ale najpierw trzeba było rozpalić ognisko. I tu się zaczęła jazda.

Nikt nie umiał. Serio. Piętnaście osób, wszyscy teoretycznie ogarniają życie, a ognia nie ma. Patyki mokre, zapałki się kończą, ktoś próbował dmuchać i prawie się udusił dymem. Wtedy przypomniałem sobie, jak dziadek kiedyś pokazywał mi, że trzeba zacząć od malutkich gałązek ułożonych w piramidkę i podpalać od dołu. Nie od góry, nie z boku – od spodu. Wziąłem to w swoje ręce.

Pięć minut później mieliśmy ogień. Ludzie patrzyli na mnie jak na jakiegoś survival-guru. Wiktor zaczął mnie nazywać „Władca Ognia” i to się przykleiło na resztę obozu.

Sztorm, czyli test, czy czegoś się nauczyliśmy

Przedostatniego dnia pogoda postanowiła nas sprawdzić. Rano było słonecznie, wypłynęliśmy na dłuższą trasę. A potem, koło południa, niebo pociemniało tak szybko, że nie zdążyliśmy zareagować. Wiatr się wzmógł. Fale – na jeziorze, serio, kto by pomyślał – zrobiły się takie, że łódka skakała jak piłeczka. Darek od razu przejął dowodzenie, ale kazał nam działać.

– Opuszczamy żagiel, wracamy do brzegu. Wiktor, Ola – żagiel. Ty – ster. Robimy to, co ćwiczyliśmy.

Byłem przerażony. Ola też, widziałem po jej twarzy. Ale Wiktor, jakimś cudem, zachował luz.

– Damy radę – powiedział. – Ćwiczyliśmy to sto razy. I daliśmy.

Nie wiem, skąd się wzięła ta koncentracja. Może adrenalina, może to, że Darek był obok i wiedziałem, że nie pozwoli nam zrobić czegoś naprawdę głupiego. Ola i Wiktor ogarnęli żagiel, ja trzymałem kurs, łódka kołysała się jak szalona, ale płynęliśmy. Pięć minut, dziesięć, piętnaście – i nagle byliśmy przy pomoście.

Darek poklepał mnie po ramieniu. – Widzisz? Po to były te wszystkie ćwiczenia. Żebyście wiedzieli, co robić, kiedy robi się grubo.

Ostatni wieczór, czyli rzeczy, których się nie mówi na głos

Ostatniego wieczoru siedzieliśmy przy ognisku – tym razem rozpaliłem je w dwie minuty. Ola, Wiktor i ja. Nasza załoga, która przez dwa tygodnie przeszła od totalnie obcych do… nie wiem, jak to nazwać. Przyjaciele? Może za duże słowo. Ale coś bliskiego.

Wiktor powiedział, że wraca na ten obóz żeglarski za rok. Ola, że może zrobi patent żeglarski. Ja milczałem, bo myślałem o tym, jak bardzo nie chciałem tu przyjechać. I jak bardzo teraz nie chcę wyjeżdżać.

– Wiesz, co jest najdziwniejsze? – powiedziałem w końcu. – Że dwa tygodnie temu myślałem, że to będzie najgorszy wyjazd w życiu.

Ola przewróciła oczami.

– Ty i wszyscy. Myślisz, że ja chciałam tu być? Mama mnie zmusiła, taki sam schemat.

– No to wyszło całkiem nieźle jak na „karny” wyjazd – zaśmiał się Wiktor.

Siedzieliśmy, patrząc w ogień, słuchając ciszy. Żaden telefon, żadne powiadomienia. Tylko my, woda i niebo pełne gwiazd, jakich nigdy nie widziałem w mieście.

Co mi zostało po obozie pod żaglami?

Zostały fotki, na których wszyscy jesteśmy opaleni, uśmiechnięci i wyglądamy, jakbyśmy się znali od lat. Zostały wspomnienia. Został patent żeglarski, który zrobiłem jakiś czas później.

I zostało coś, czego nie da się pokazać ani zmierzyć. Poczucie, że umiem coś, czego dwa tygodnie wcześniej nie umiałem. Że poradziłem sobie z czymś, co mnie przerażało. Że są ludzie, którzy w dwa tygodnie mogą stać się kimś ważnym.

Moi rodzice mieli rację wysyłając mnie na ten wyjazd. I chociaż nigdy im tego nie powiem na głos – dzięki, że mnie zmusili.

Mazury nadal czekają. Jeziora, wiatr, łodzie z żaglami… I gdzieś tam kolejny nastolatek właśnie wysiada z busa, patrzy na te wszystkie liny i maszty, i myśli: „Zero szans, że to ogarnę.”

Ogarniesz. Serio. Sam się przekonasz.

Podsumowanie

Pobierz darmową checklistę:

Co spakować dziecku na narty

Przeczytaj także:

Ferie zimowe 2026 – terminy
Rankingi i rekomendacje

Ferie zimowe 2026 – terminy

Planujesz zimowy wyjazd dla dziecka i chcesz mieć jasność co do terminów ferii zimowych 2026? W tym artykule znajdziesz aktualne daty dla wszystkich województw.

Czytaj dalej »

O autorze

Udostępnij artykuł

Facebook
Twitter
LinkedIn
×