Miałem dziesięć lat. To był mój pierwszy obóz z dala od domu. Pierwsza wyjazd bez rodziców. I pierwsza prawdziwa góra, którą miałem zdobyć. Dziś, po latach, wiem, że tamten wyjazd zmienił wszystko i tego samego życzę teraz mojemu dziecku. Ale wtedy? Wtedy chciałem tylko wrócić do domu.
Pierwsza noc
Schronisko pachniało drewnem i zupą grzybową. Dostaliśmy miejsca w sześcioosobowym pokoju – piętrowe łóżka, jedno okno z widokiem na las i sześć plecaków rzuconych byle jak na podłogę. Nie znałem nikogo. Byłem tym dzieciakiem, który zawsze stoi z boku – nie najgłośniejszy, nie najodważniejszy, nie ten, do którego inni podchodzą pierwsi. Usiadłem na swoim łóżku i udawałem, że bardzo intensywnie szukam czegoś w plecaku.
Wtedy odezwał się Szymon. Zapytał, czy mam zapasowe baterie do latarki, bo jego się skończyły. Nie miałem. Ale zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że obaj kochamy dinozaury, obaj mamy młodsze siostry, które nas denerwują, i obaj boimy się jutrzejszego wejścia na Śnieżkę.
Ta rozmowa była przełomem. Nagle nie byłem sam ze swoim strachem. Był ktoś, kto czuł to samo. I to zmieniało wszystko.
Wieczorem, przy herbacie w jadalni, nasz wychowawca – pan Wojtek, z brodą jak u filozofa i oczami, które widziały chyba wszystkie szczyty w Polsce – opowiadał o szlaku. Mówił o kotłach lodowcowych, które powstały tysiące lat temu pod naporem lodowców. O wietrze na grani, który potrafi przewrócić dorosłego człowieka. O obserwatorium na szczycie, które wygląda jak latający talerz i działa tam od lat. Słuchaliśmy z otwartymi ustami. Strach powoli ustępował miejsca ciekawości. A może nie ustępował – może po prostu ciekawość była silniejsza.
Poranek, który pachniał przygodą
Obudziłem się o piątej. Nie dlatego, że kazali – po prostu nie mogłem spać. Za oknem niebo przechodziło z granatu w róż. Szymek też nie spał. Leżeliśmy na łóżkach i szeptaliśmy o tym, co nas czeka.
Pan Wojtek powiedział coś, co zapamiętałem na całe życie: „W górach nie chodzi o to, żeby być najszybszym. Chodzi o to, żeby iść swoim tempem i nie poddawać się przy pierwszym zmęczeniu. Szczyt nigdzie nie ucieknie.”
Ruszyliśmy żółtym szlakiem. Najpierw przez las – ścieżka szeroka, łagodna, pachnąca świerkami i wilgocią. Słońce przebijało między koronami drzew, tworząc plamy światła na ściółce. Szliśmy gęsiego, każdy ze swoim plecakiem, każdy ze swoimi myślami.
Po godzinie las się skończył. I wtedy zobaczyłem Ją.
Śnieżka. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem coś tak wielkiego
Stała przed nami – ogromna, majestatyczna, z kopułą obserwatorium na szczycie błyszczącą w słońcu. Wydawała się nieosiągalna. Tak daleko, tak wysoko. Poczułem, jak nogi mi miękną.
– Tam mamy wejść? – szepnął ktoś za mną. Nikt nie odpowiedział. Chyba wszyscy myśleliśmy to samo.
Pan Wojtek dał znak do marszu. Szlak zaczął się wznosić. Najpierw łagodnie, potem coraz bardziej stromo. Kamienie pod nogami, wiatr we włosach, oddech coraz cięższy. Po kolejnej godzinie moje nogi błagały o litość. Pot zalewał oczy. Plecak, który rano wydawał się lekki, teraz ważył tonę.
Chciałem się zatrzymać. Chciałem powiedzieć, że nie mogę dalej. Ale spojrzałem przed siebie i zobaczyłem Szymka. Szedł przede mną, ciężko dysząc, z czerwoną twarzą – ale szedł. Nie zatrzymywał się, więc ja też nie mogłem.
Moment, w którym prawie się poddałem
Było miejsce na szlaku – nie pamiętam dokładnie gdzie, gdzieś między Domem Śląskim a szczytem – gdzie usiadłem na kamieniu i po prostu nie miałem siły wstać. Nogi odmawiały posłuszeństwa. W głowie kręciło mi się od wysiłku i wysokości.
Pan Wojtek podszedł, usiadł obok. Nie mówił nic przez chwilę. Potem wyciągnął z kieszeni czekoladę i podał mi kostkę.
– Wiesz, co jest najfajniejsze w górach? – zapytał.
Pokręciłem głową.
– Że one nie oceniają. Nie obchodzi ich, czy jesteś najsilniejszy, najszybszy, czy masz najdroższy sprzęt. Obchodzi je tylko, czy próbujesz. Czy wstajesz, kiedy chce ci się siedzieć…
Na szczycie Śnieżki – tego nie zapomnę do końca życia
Wiatr na szczycie Śnieżki prawie mnie przewrócił. Był lodowaty, porywisty, wdzierał się pod kurtkę i zabierał oddech. Ale to nie miało znaczenia. Bo stałem na dachu Sudetów. Góry ciągnęły się we wszystkich kierunkach – polskie, czeskie pasma ginące w mgiełce na horyzoncie. Obserwatorium za plecami wyglądało naprawdę jak statek kosmiczny, który właśnie wylądował na szczycie. Niebo było tak blisko, że wydawało się, że mogę go dotknąć.
Szymek stanął obok mnie. Nic nie mówił. Ja też nie. Po prostu staliśmy i patrzyliśmy. I w tamtej chwili, bez żadnych słów, wiedzieliśmy, że właśnie zrobiliśmy coś wielkiego.
Pan Wojtek zrobił nam zdjęcie – cała grupa, zmęczona, uśmiechnięta, z włosami rozwianymi przez wiatr. To zdjęcie mam do dziś. Wyblakłe, z zagiętym rogiem, ale patrzę na nie czasem i wszystko wraca. Zapach wiatru. Smak czekolady. Uczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Wieczorem, po kolacji, leżałem na łóżku i patrzyłem w sufit. Wszystko mnie bolało. Ale czułem coś, czego wcześniej nie znałem. Dumę? Spokój? Przekonanie, że jestem w stanie więcej, niż myślałem?
Co zostało po latach?
Zostały wspomnienia, które czas nie rozmazuje – wyostrza. Zostały przyjaźnie – z Szymkiem korespondowaliśmy jeszcze przez lata, aż życie nas rozdzieliło w różne strony. Zostało poczucie, że trudne rzeczy są warte wysiłku. Że strach na początku nie oznacza porażki na końcu.
I została tęsknota. Za tamtym wiatrem na grani. Za smakiem herbaty w schronisku po całym dniu wędrówki. Za uczuciem wspólnoty z ludźmi, których dopiero co poznałeś, ale z którymi właśnie zrobiłeś coś wielkiego.
Mam nadzieję, że moje dziecko przeżyje coś podobnego podczas swojego wyjazdu w Sudety. Wiem, że jeśli będzie miało szansę na taki wyjazd, nie będę mu jej odmawiał. Bo niektóre wspomnienia są warte każdego strachu, każdej niepewności, każdej chwili zwątpienia. Są warte tego, żeby w nie wskoczyć z zamkniętymi oczami i zaufać, że wyjdzie się z nich silniejszym.
Śnieżka nadal tam stoi – czeka na kolejne pokolenia dziesięciolatków, którzy przyjadą autokarem, będą patrzeć przez okno ze strachem w oczach i będą przekonani, że nie dadzą rady. A potem staną na szczycie i zrozumieją, że właśnie zaczęła się ich najlepsza przygoda.
Podsumowanie
- Pierwszy obóz to często lęk i ekscytacja w jednym, ale jeden dobry kontakt potrafi odmienić cały wyjazd.
- Rozmowa z rówieśnikiem daje poczucie, że nie jesteś sam ze swoim strachem.
- Dobry wychowawca potrafi dodać odwagi jednym zdaniem i stworzyć klimat przygody.
- Kryzys na szlaku jest normalny – ważne, żeby spróbować wstać jeszcze raz.
- Moment wejścia na szczyt zostaje w pamięci na całe życie.
- Najcenniejsze pamiątki z dziecięcych obozów to nie rzeczy, tylko poczucie, że potrafisz więcej, niż myślisz.



